Jesteś tutaj:

Pakiet medyczny kosztem?

Politycy mówią dużo i zazwyczaj na okrągło. Nie mówią językiem konkretów, by nie można im było później stawiać zarzutów o niewykonanie bądź nienależyte wykonanie zobowiązania, używając języka prawniczego. Tymczasem obecna sytuacja wymaga właśnie jasnych deklaracji: co będzie możliwe w ramach obowiązkowej składki zdrowotnej, co w ramach doubezpieczenia i jakie koszty obywatel będzie musiał ponieść, by skorzystać z szybkiej, niepaństwowej, wydolnej służby zdrowia, która nie zmusza do wielomiesięcznych oczekiwań na konsultację u specjalisty, nie mówiąc już o zabiegu. Wydaje się, że w sytuacji zapaści społecznej służby zdrowia, naturalnym rozwiązaniem są prywatne ubezpieczenia zdrowotne, tak w ujęciu indywidualnym, jak i pracowniczym. Zapewne. Aby jednak tak się mogło stać, konieczne są zachęty podatkowe ze strony państwa.

Według badań rynkowych, na naszym rynku dostępnych jest obecnie ponad 90 różnych ubezpieczeń zdrowotnych. Stwarzają one możliwość korzystania z usług medycznych właściwie w każdym zakątku Polski. Jedne są droższe, inne tańsze. Zależy od firmy, która je oferuje, zależy od zakresu. Na dziś możliwe są oferty, które gwarantują jedynie podstawowy zakres w postaci porady lekarza pierwszego kontaktu i ewentualnie zlecone badania, po ubezpieczenia kompleksowe, wyłączając najbardziej skomplikowane, najdroższe usługi społecznej służby zdrowia. Taki standard obowiązuje we wszystkich rozwiniętych krajach.

Badania potwierdzają, że blisko 20% Polaków jest skłonnych do wykupienia prywatnego ubezpieczenia zdrowotnego. Tendencja ma z roku na rok charakter wzrostowy. Potwierdzają ją prognozy Banku Światowego, który przewiduje, że do 2010 roku nawet 6 milionów rodaków wykupi prywatne ubezpieczenie zdrowotne. Taki stan rzeczy, takie dane powodują burzę mózgów w towarzystwach ubezpieczeniowych, które żywo są zainteresowane sprzedażą usług zdrowotnych. Budzą wyobraźnię, która przekłada się na wzrosty i dochody. Zapewne przeciwne reakcje rodzą się w umysłach zarządzających państwem, Narodowym Funduszem Zdrowia albo jednostką świadczącą usługi zdrowotne w ramach społecznej służby zdrowia. U pierwszych zapala się światełko zielone, zwiastujące możliwość zrobienia dobrego biznesu, u drugich przeciwnie – czerwone, sygnalizujące kłopoty finansowe, nieustające przetargi z personelem, walkę o przetrwanie.

Upraszczając – trudna sytuacja służby zdrowia, trudna sytuacja pacjenta – przekładają się w różny sposób na oczekiwania stron: świadczeniobiorcy i świadczeniodawcy. Są one wzajemnie sprzeczne. Historia potwierdza wyższość ekonomiczną przedsięwzięć prywatnych nad państwowymi. Z takim problemem mamy do czynienia w służbie zdrowia. Nie jest łatwo przejść nad dotychczasowymi, nieefektywnymi rozwiązaniami, których podstaw należy dopatrywać się w minionym ustroju szczęśliwości społecznej. Nie jest łatwo zastosować nowe rozwiązania, gdy mentalność Polaków, mentalność polityków, utrzymujących się z określonej klienteli politycznej na to nie pozwalają. Być może trzeba wielu lat, by poradzić sobie z problemem, mając na uwadze powyższe względy.

Politycy być może są racjonalni, gdyby nie powtarzające się co 4 lata wybory. One wyhamowują ich energię i racjonalizm. Decyduje wola przetrwania. Tymczasem jednak rzeczywistość skrzeczy, woła o nowe, efektywne rozwiązania. A czas nie ma czasu.rnrnJuż dziś w wielu towarzystwach ubezpieczeniowych, które uznały trudną sytuację społecznej służby zdrowia za znakomity początek do rozpoczęcia sprzedaży produktów zdrowotnych, trwa kampania promująca w sieciach sprzedażowych – wewnętrznych i zewnętrznych. Każdy motyw jest dobry, każde dane wiarygodne. Artykuły w gazecie ogólnopolskiej o największym zasięgu rażenia, telewizji chętnie oglądanej, radiostacji najczęściej słuchanej. Podparcie się wystąpieniami polityków potwierdzających słuszną koncepcję – jak najbardziej – mile widziane. Wszelkie chwyty dozwolone, jeśli tylko motywują sprzedawców.

Gdy chodzi o produkty zdrowotne, każdy jest dobry, jeśli tylko jest nasz, w zależności od oczekiwań i możliwości klienta. Informacje o zaletach indywidualnych i pracowniczych planach zdrowotnych są powszechnie dostępne. W przypadku pojedynczych osób, rodzin sprawa nie budzi wątpliwości. Póki co, prawo podatkowe nie umożliwia skorzystania z ulgi z tytułu poniesienia kosztów z nią związanych. Inaczej rzecz przedstawia się, gdy chodzi o rozwiązania pod kątem pracowników zatrudnionych w zakładach pracy. W tym wypadku rozstrzygnięcia organów podatkowych wprowadzają do praktyki więcej zamieszania niż jasności, niezależnie od intencji osób sprawujących władzę. A agent ubezpieczeniowy – owca, ma służyć potencjalnemu klientowi radą, jak podejść do zagadnienia od strony podatkowej, wszak ta głównie decyduje o przyjęciu określonej propozycji. Agent – owca polega na rozwiązaniach przedstawionych przez firmowego szkoleniowca, najlepszego szkoleniowca, ponieważ tylko tacy są zatrudniani przez towarzystwo – agencję. To, czy one są zgodne z aktualnie obowiązującą praktyką organów skarbowych, nie ma większego znaczenia.

Każdy przedsiębiorca powinien prowadzić swoją działalność zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa. Jako że jest samodzielnym podmiotem gospodarczym, odpowiada za swoje zobowiązania podatkowe w pełnym zakresie. Również, gdy chodzi o zobowiązania z tytułu zakupienia pakietów zdrowotnych dla swoich pracowników. Może będzie lepiej, gdy nowy rząd wypracuje właściwą koncepcję funkcjonowania prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych. Jest, jak jest, czyli nie wiadomo jak. Jak wyżej wspomniałem, koncepcja, która umożliwia zaliczenie w koszty uzyskania przychodu kosztów związanych z opłaceniem ubezpieczenia zdrowotnego pozwoli na rozwój rynku prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych, odciążając społeczną służbę zdrowia. Tymczasem jednak o tym, jak podatnik zostanie potraktowany, decyduje konkretny przypadek, konkretna decyzja organu podatkowego. I nijak się to ma do deklaracji politycznych.

Od znajomego pośrednika usłyszałem przed kilkoma dniami, że pakiet zdrowotny jest the best, że zapewnia zarówno pracownikowi, jak i pracodawcy daleko idące ulgi podatkowe. Podobno jedne firmy upywają w medycynie pracy nawet 80% wartości świadczeń zdrowotnych, inne określają je na poziomie 10–20%. Wszystko zależy od tego, jak odważna jest firma oferująca rozwiązania medyczne. Gdy poprosiłem o uściślenie sprawy, odpowiedział, że prześle mi stanowisko firmy ubezpieczeniowej w powyższej kwestii. Od tego czasu upłynęło kilka dni. Jak stanowiska nie miałem, tak nie mam. Mogę tylko domniemywać, że jest słuszne. Premier deklaruje, towarzystwo deklaruje, kancelaria prawnicza deklaruje... deklaracje sprawdza urząd podatkowy, za błędy płaci przedsiębiorca.

Wiadomo, że na podstawie przepisów kodeksu pracy, a konkretnie przepisu art. 229 kodeksu pracy, wstępnym badaniom medycznym podlega osoba, która jest przyjmowana do pracy. Zbadać trzeba również pracowników młodocianych przenoszonych na inne stanowiska pracy, a także pracowników przechodzących ze stanowiska na stanowisko, na którym występują czynniki szkodliwe dla zdrowia lub warunki uciążliwe. Ponadto przeprowadza się badania okresowe oraz kontrolne po ponad 30-dniowej chorobie. Badania z zakresu medycyny pracy obciążają pracodawcę, są dla niego kosztem poniesionym z tytułu prowadzenia działalności gospodarczej.

Medycyna pracy obejmuje pewien zakres badań, ale nie obejmuje dodatkowych świadczeń oferowanych w ramach pakietów ubezpieczeniowych. Ponieważ w sytuacji zapaści społecznej służby zdrowia pracodawcy coraz chętniej kupują pakiety zdrowotne dla swoich pracowników, ożywiły się organy skarbowe, które – poszukując dodatkowych źródeł dochodów dla budżetu – coraz częściej podważają decyzje pracodawców. Okazuje się, że zaczyna przeważać pogląd, wedle którego sam fakt otrzymania pakietu medycznego podlega opodatkowaniu podatkiem dochodowym od osób fizycznych (PIT).

Początkowo wydatki pracodawcy na obowiązkowe badania organy podatkowe uznawały za koszty pracodawcy, nieuznawane za przychody ze stosunku pracy. Ministerstwo finansów uznało, że za przychód ze stosunku pracy nie uważa się przychodu ze świadczeń uzyskanych z innymi usługami leczniczymi, jeśli określenie ich wysokości na poszczególnego pracownika nie jest możliwe, np. w przypadku gdy pracodawca pokrywa te wydatki w formie ryczałtu, bez względu na to, czy pracownik korzysta ze świadczeń medycznych, czy z nich nie korzysta. Takie stanowisko powodowało, że świadczenia zdrowotne nie podlegały po stronie pracowników opodatkowaniu podatkiem dochodowym.

Ale nie zawsze i nie w każdym przypadku. Wiele urzędów stwierdzało, że przychodem pracownika podlegającym opodatkowaniu jest sama możliwość korzystania z usług medycznych, którą pracownik otrzymuje w chwili zakupu pakietu, jeśli tylko pracownik jest wskazany jako osoba uprawniona. Świadczeniem zatem jest sama możliwość jego otrzymania. Czy skorzysta z niego, czy też nie, jest rzeczą drugorzędną z podatkowego punktu widzenia. Jasne? Nie! Zainteresowanych orzecznictwem w sprawach związanych z pakietami medycznymi odsyłam do internetu. Mnóstwo tu rozstrzygnięć sprzecznych.

Zapaść społecznej służby zdrowia jest faktem bezdyskusyjnym. Deklaracje polityczne nie załatwią sprawy. Potrzebne są konkretne rozstrzygnięcia, które rozwiążą problem od strony formalnej, w tym podatkowej, jak również od strony praktycznej. Gonienie w piętkę, zabawy w ciuciubabkę niczemu nie służą, niepotrzebnie gmatwają sprawy. Rozwiązania proste są najbardziej skuteczne. Przyczynią się do rozwoju rynku prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych, do wzrostu dochodów budżetowych, poprawy zadowolenia obywateli ze świadczeń służby zdrowia. Jak mawiał kiedyś ktoś – potrzebna jest jasność w temacie...

Sławomir Dąblewski

www.gu.com.pl

 

Dołącz do nas

Jesteś zainteresowany pracą w ubezpieczeniach, chcesz zostać agentem ubezpieczeniowym? 

Poprowadzimy Cię za rękę, zorganizujemy szkolenia, pokażemy jak zacząć
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

tel.: 609 527 959

 

Zapisz